niedziela, 28 marca 2021

Od Terrence’a do Michaeli

    Ostatni czas był dla chłopaka niewątpliwie ciężki. Seria kwaśnego, nieprzerwanego od kilku dni deszczu zmusiła go do ucieczki do lasu - nie mógł zostać w mieście, bo gdyby go złapali, nie miałby dokąd uciec. Sam nie wiedział dokładnie co by się z nim stało, ale wiedział, że na pewno nic dobrego. Spekulował, ale każda wizja wydawała mu się gorsza od poprzedniej, dlatego postawił na powrót do strefy. Cztery dni spędzone w jednym miejscu, na patrzeniu się w jeden punkt (a była to skalna półka naprzeciwko, gdyż zatrzymał się w wąskiej i ciemnej jaskini) sprawiły, że jego mięśnie odmawiały posłuszeństwa, kiedy wstał i w końcu rozprostował nogi. Ponadto, był bardzo głodny - deszcz zaskoczył go znikąd, nie zdążył zrobić zapasów ani wrócić do miejsca, w którym przebywał, dlatego cztery doby nie jadł zupełnie nic. Nie było to dla niego niczym nowym, bardziej ubolewał nad faktem przespania czterech dni - owszem, miał czas na zregenerowanie się i podleczenie ran, które nabył wcześniej, ale doskwierała mu nuda, więc żadne korzyści jej nie rekompensowały. 

    W końcu deszcz ustał - spadł normalny, obmywając rośliny i pozostałości po budynkach. Powietrze nie zdążyło się dobrze oczyścić, a Terrence wypadł z jaskini, łapiąc pierwsze promienie słońca od kilku dni. Jego skóra znacznie zmatowiała, a głód doskwierał mu coraz bardziej, odkąd doszło do niego, że deszcz przestał padać i mógł wrócić do tego, co robił, nim ten zaczął siąpić.

    Drogę do miasta znał na pamięć - pochodził z Mosside, jednak wolał graniczące z nim Montgarrie - wolał nie napotkać swojej rodziny, nawet jeśli tęsknił i nadal mu na nich zależało, to tak było lepiej dla obu stron i nie chciał ryzykować ponownym załamaniem się wszystkiego, co miał. Nie wiedział, czy ci nie zdradzą, że żyje i że wkrada się do miasta, skoro przyjęli szczepionkę. Nie wiedział jak zachowują się tacy ludzie w stosunku do bliskich, nie miał z nimi do czynienia i nie znał ich zachowań. 

Terrence postanowił ruszyć w drogę, tak jak to zresztą planował przez ostatnie, długie i nużące dni. Jego jedyną rozrywką było marzenie o tym co zrobi, kiedy wyjdzie w końcu z jaskini, a teraz, kiedy to się stało, nie wiadomo dlaczego przeciągał plany. Droga była dla niego prosta, znał te okolicę jak własną (połataną żywicą) kieszeń, dlatego też osoba trzecia widząc go mogłaby pomyśleć, że ten przechadzał się po parku, a nie śmiertelnie niebezpiecznej strefie wykluczenia. W końcu mało kto idzie raźnym krokiem, gwiżdżąc na dodatek po lesie tropikalnym z myślą, że w każdej chwili może umrzeć.

    Wkrótce rozciągnął się przed nim znajomy już widok - zachodzące słońce na tle lśniącej, elektrycznej bariery i masa zabudowań poza nią, aktualnie wyglądająca na zamazaną, jakby ukryta była za grubą błoną. Dobrze wiedział, czym była jednak ta błona - polem elektrycznym, które tylko przyjemnie błyszczało w słońcu, a w rzeczywistości, cóż, spaliłoby wszystko, co by spróbowało przez nie się przedrzeć. Dlatego Terrence nawet nie próbował - miał swoje sposoby, którym ufał, a gdyby mu się pewnego razu nie udało - to znaczy, że nie miało i że właśnie tak miała skończyć się jego wielka podróż.

    Po niespełna godzinie stał już na środku ulicy, pośród zabieganych ludzi. Z powrotem poczuł się nieswojo, tak jak czuł się zawsze na początku, gdy przechodził przez barierę. Było to dla niego nieco nostalgicznym przeżyciem, gdyż przypominały mu się poprzednie, niezbyt radosne lata (to nie znaczyło, że aktualne też były dobre; zaledwie nieco lepsze). Mimo to powrót do miasta dobrze mu służył i Terrence nie wiedział co by zrobił bez tej możliwości. Podejrzewał, że wtedy byłoby mu dużo gorzej i nie widziałby sensu w dalszym życiu, dlatego obawiał się, że kiedyś faktycznie straci tę szansę. Te myśli nachodziły go zawsze, gdy przechodził przez granicę państwa, ale zaraz wszystko wracało na swoje miejsce, kiedy znajdował się obok pięknie pachnącej restauracji. Tym razem też tak było, bo trzydzieści minut później wychodził z niej najedzony i dwa razy szczęśliwszy, niż ówcześnie. Swoje następne kroki skierował ku znajomej ulicy prowadzącej do jednego z najlepiej prosperujących i kulturalnych kasyn. Kulturalnych, to znaczy, umożliwiających mu wygraną - w innych miejscach chcieli się z nim bić i wyzywali na najróżniejsze ustawki, sądząc że nie wygrał sprawiedliwie, a jemu nie zależało na podobnych potyczkach - nie było w tym nic zabawnego, wystarczyły mu liczne bijatyki w strefie.

Charakterystyczny gwar spotkał go już u progu. Wszystkie oczy skierowały się momentalnie na niego, bo choć nie był żadną osobistością, większość kojarzyła go tutaj jako stałego bywalca. Cóż, a to że stosunkowo często zdarzało mu się kogoś ograć, było tylko esencją tego wszystkiego. Kolorowe neony zwróciły jego uwagę, więc podszedł do znanego sobie już baru, przywołując do siebie kelnera skinieniem głowy. Nie musiał nawet nic mówić, aby ten zaproponował mu to, co zawsze. Terrence naturalnie przystał na tę propozycję. 

- Kopę lat, Nivan! - usłyszał zza swoich pleców, więc intuicyjnie odwrócił się, przy okazji chwytając za kieliszek z przygotowanym chwilę temu drinkiem. - Co u ciebie? 

- W porządku - odchrząknął, lustrując wzrokiem rosłego mężczyznę, którego kojarzył aż za dobrze i którego nie chciał tu dzisiaj spotkać. - Fatum krąży nade mną od kilku dni, skoro cię tutaj spotykam. 

- Mam wrażenie, czy mówisz poważnie? - Nivan prychnął śmiechem, jednak oboje wiedzieli, że to wszystko było grą pozorów.

- To jak, bilard? - spytał, zręcznie zmieniając temat.

- Jak to jest, że nawet po latach wiesz co dobre?

Sala była utrzymana w kolorach granatu, głównie za pomocą reflektorów, a nieznaczne wzniesienie wypełnione różowymi neonami pełniło rolę podłogi. Pod ścianami stały skórzane, czarne kanapy, niewielki bar samoobsługowy z kilkoma wysokimi krzesłami, a na ścianie widniał wielki telewizor, z którego puszczano muzykę. Była to ulubiona sala Terrence’a, głównie dlatego, że nie mieli tu osób trzecich, a tylko tych, którzy grali. Rzecz jasna z nimi mogli być znajomi, którzy zasiadali wtedy przy barze lub na kanapie, jednak jak to się mówiło - sami swoi.

Gracze zebrali się dosyć szybko, a przynajmniej część z nich. Brakowało jednej osoby i już mieli zacząć bez niej, kiedy do wnętrza weszła niewysoka kobieta o rudych włosach i specyficznej urodzie. Nie wyglądała, jakby zagubiła się w kasynie, dlatego mężczyzna uznał, że to ich brakujący gracz - i nie mylili się, gdyż po chwili zostali postawieni przed faktem dokonanym - po krótkim powitaniu i wymienieniu uprzejmości (dla Terrence’a niepotrzebnych), rozpoczęli grę.

- To córka właściciela - usłyszał szept blondyna, który zaczepił go wcześniej, przy barze, a wtedy Terrence omiótł wzrokiem nieznajomą, leniwie odpowiadając:

- Nie wiedziałem, że stary Manson ma córkę.

- Cóż, ostatnio rzadko tu bywasz. 

- Owszem - odpowiedział, chwycił mocniej kija i wbił kolejną bilę, korzystając ze swojej kolejki. - W przeciwieństwie do niektórych, jestem tu po to, by grać - dopowiedział, prostując się.

Nie potrafił ukryć zainteresowania dziewczyną - a raczej jej techniką gry. Była dobra, nawet bardzo i widać, że znała się na rzeczy, ale czy mogło być inaczej, skoro faktycznie była córką Mansona? 

Ich gra trwała długo, oprócz nich było kilkoro graczy, ale zostali rozgromieni w szybkim tempie. Ostatecznie, po wielu godzinach to Terrence zwyciężył, choć nie ukrywał, że był to łut szczęścia i asa w rękawie, który zawsze miał. Nie wiedział, czy przypadkiem dziewczyna go nie spostrzegła, jednak wtedy nie zostało mu nic oprócz cieszenia się zwycięstwem. 

- Rewanż, mówisz? - odpowiedział mężczyźnie, który go uprzednio zaczepił. - Wszystko zależy od waszej koleżanki - stwierdził, prostując kości na skórzanej kanapie. W strefie nie było takich wygód, musiał przyznać, że tego właśnie brakowało mu najbardziej.

- Na resztę nocy sala jest zarezerwowana dla kogoś innego, więc niestety będziecie musieli się przemieścić - powiedziała matowym głosem, sprzątając bile ze stołu. Terrence zebrał kije od wszystkich, do których doszło już, że to koniec rozgrywki na dziś, po czym dołączył do kobiety, gdy zauważył, że ta zasiadła w międzyczasie przy barze, chwytając za butelkę piwa. Nie wiedział dlaczego to zrobił, przecież normalnie odszedłby, zapominając o niej raz na zawsze - więc dlaczego postanowił się przysiąść, jednocześnie mając na uwadze jak mają się sprawy? Nie pasował tu, to nie było jego miejsce, a zawieranie znajomości w mieście nigdy nie kończyło się dla niego dobrze. Więc gdyby wiedział tylko, jakie to drobne, z pozoru nic nieznaczące zapoznanie niosło za sobą skutki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez Pandeya Graphic