Imię i nazwisko: Terrence Rowan Sullivan
Wiek: 25 lat
Płeć: mężczyzna
Pochodzenie: Hosso, Mosside
Status: wygnaniec
Orientacja seksualna: heteroseksualny
Czy zaszczepiony/a?: nie
Wykonywana praca: brak
Więzy rodzinne: żyje jedynie jego przyszywana siostra, Isa Audrey Sullivan, jednak jest obywatelką Alchein
Cechy szczególne: jasne włosy i blizna po lewej stronie twarzy
Kieruje: jill#6443
Wiek: 25 lat
Płeć: mężczyzna
Pochodzenie: Hosso, Mosside
Status: wygnaniec
Orientacja seksualna: heteroseksualny
Czy zaszczepiony/a?: nie
Wykonywana praca: brak
Więzy rodzinne: żyje jedynie jego przyszywana siostra, Isa Audrey Sullivan, jednak jest obywatelką Alchein
Cechy szczególne: jasne włosy i blizna po lewej stronie twarzy
Kieruje: jill#6443
Terrence bardzo szybko zrozumiał, że nie jest taki, jak wszyscy - nie może się przystosować, nie umie, choćby bardzo chciał. Etap buntu przeciw światu spowodowany był edukacją, nauką i wykształceniem, które nabył - świat zaczął się rozjaśniać, a luki w systemie zaczęły być na tyle wyraźne, aby Terrence nie chciał mieć już nic więcej wspólnego z obecnym światem. Posada jego ojca, wysoko postawionego naukowca, nie upraszczała sprawy, gdyż nawet tajemnica zawodowa miała się nijak do rodzinnych więzów. Nastolatek poznał brutalną prawdę, za sprawą której nie chciał przyjąć szczepionki. Spowodowało to jego natychmiastowe wygnanie i nawet rodzina nie miała wpływu na jego przyszłość. Dopiero za granicami państwa Terrence poczuł się dobrze - obecna na co dzień tęsknota za rodziną nie była większa od uczucia wolności, gdyż właśnie w momencie, w którym Terrence trafił do strefy wykluczenia, poczuł się sobą. Nic go nie kontrolowało - owszem, odczuwał strach, jednak był przygotowany na śmierć i na to, że jutro może nigdy nie nadejść. Mimo to właśnie w takich okolicznościach czuł się dobrze - nikt go nie kontrolował, nie patrzył mu na ręce, nie dyktował zasad, otaczała go tylko dzika przyroda, a on sam był panem swojego losu. Nie rodzina, nie znajomi, nie totalitarne państwo, które wszyscy mieli za utopię - on sam wyznaczał sobie granice i mimo, że w każdej chwili mógł zginąć - lubił to uczucie. Było nieporównywalnie lepsze od monotonii, jaka spotkała go przez większość życia, a kiedy bańka wokół niego pękła - zmienił się nie do poznania.
Zachował swój dystans do świata i ludzi, to dalej niewątpliwie go cechowało, jednak można powiedzieć, że ryzyko i adrenalina wyzwoliły w nim człowieka rozrywkowego. Inni mogliby powiedzieć, że jest samobójcą, że jest nienormalny, albo że oszalał, jednak wizja nieznanego sprawiała, że korzystał z życia bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Na jego twarzy niemalże cały czas gościł uśmiech, wszystkie sytuacje przekręcał w żart wiedząc, że i tak nie ma nic do stracenia, i że będzie żałował poważnego nastawienia do spraw, skoro i tak gorzej być nie mogło. Budził się, głęboko wdychając powietrze, które zawsze pachniało dla niego nieznanym, niebezpieczeństwem, przyjemną adrenaliną, od której zaczął się uzależniać. Zaczął w pełni wykorzystywać swój spryt, inteligencję, doświadczenie i obeznanie. Można powiedzieć, że dopiero w strefie Terrence odnalazł prawdziwego siebie. Mimo to nie zawsze był optymistą - często nachodziły go czarne myśli, zmęczenie i ból, jednak doceniał nawet to i nie zamieniłby tego za nic, w tym za poprzednie życie, bezpieczne i dostatnie, jednak nieszczęśliwe, pełne rezygnacji, braku spełnienia, celu i zagubienia.
Często zastanawiał się dlaczego tak jest, jednak nigdy nie doszedł do czegoś więcej niż „najwyraźniej jestem takim typem człowieka”. Ale czy to możliwe, aby człowiek rezygnował z wygody i bezpieczeństwa na rzecz życia w dziczy, pełnego niebezpieczeństw, niepokojów i śmierci czającej się za rogiem? Nie potrafił racjonalnie podejść do sprawy, w końcu nigdy nie ciągnęło go do takich rzeczy - dopiero kiedy znalazł się w strefie odkrył, że w taki sposób jest mu lepiej, jest dobrze, nawet bardzo. Sprawę ułatwiało, że ten potrafił uciekać. Przemykał do miasta tak często, jak mógł, padało na różne państwa i jeszcze różniejsze mieściny, jednak obiecał sobie, że sposób, w jaki to robił, zabierze do grobu i zamierzał dotrzymać słowa, aby nigdy, nawet przypadkiem, nie odebrał mu takiego życia. Ryzykownego, pełnego stresu, napięć i ciężkich decyzji, które nieustannie musiał podejmować. Czy to źle, że właśnie tak lubił żyć?
Jedyne, czego mu brakowało w strefie, to obecność drugiego człowieka. Mężczyzna miał zawsze dużo dla powiedzenia, dlatego brak możliwości rozmowy był dla niego szokujący i dotkliwy, jednak odnalazł się całkiem dobrze w nowej rzeczywistości. Samotność doskwierała mu codziennie, ale nauczył się tłumić w sobie to niewygodne uczucie, aby nie przeszkadzało mu tak, jak to w rzeczywistości było. Bardzo często przybierał nowe tożsamości, kiedy był w mieście - raz podał się za zagubionego nastolatka, drugi raz za światowej sławy fotografa, a innym razem był podróżnikiem zza oceanu - w końcu ludzie nie znali tych terenów, więc można było im wmówić dosłownie wszystko, co się chciało, a Terrencowi bardzo podobało się takie życie. Czuł, jakby był ponad tymi wszystkimi przeciętnymi, szarymi ludźmi - jednak nie w negatywnym ujęciu. W taki sposób mógł chociaż trochę zaspokoić potrzebę bliskości i rozmowy, nawet jeśli ludzie nie wiedzieli, kim był i jeśli ich kontakt sprowadzał się do krótkiego small talku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz