Pierwsze, co moje ciało wychwytuje po pobudce, to ciężkie, wilgotne powietrze i równie przemoczona ziemia. Marszczę nos w półśnie, a do moich uszu dochodzi świergot ptaków. Nie wiem która jest godzina, tak samo jak nie wiem który dzień i miesiąc mamy. Rozmoknięty budynek, popękany, twardy beton i wilgotne ubrania, które mam na sobie, sprowadzają mnie na ziemię i sprawiają, że automatycznie podnoszę się do pozycji siedzącej. Kiedy otwieram oczy, nie widzę niczego, czego bym nie widziała wcześniej - może się nawet wydawać, że zapowiada się piękny dzień - słońce przebija się przez zrujnowane ściany budynku, panuje prawie niezmącona cisza, którą przerywa jedynie delikatny śpiew ptaków i szum wiatru poruszającego koronę drzew. Jednak po takim czasie tu spędzonym wiem, że to tylko przykrywka. Iluzja mijająca się z prawdą, obraz czegoś, co w rzeczywistości jest śmiercionośne i nieokrzesane - dlatego przez kolejne długie minuty postanawiam oglądać ten piękny dzień w norze utworzonej ze zrujnowanych płyt o charakterystycznym zapachu, gdzie zresztą zatrzymałam się na burzową noc. Brak dachu nad głową był moim codziennym problemem i jeszcze większym zmartwieniem, jednak przez te kilka miesięcy mojego pobytu tutaj nie trafiłam jeszcze na odpowiedni budynek nadający się do zamieszkania w nim i jednocześnie nie będący kupą gruzu.
Syczę, kiedy opieram się na łokciu, zapominając o rozległej ranie na nim. Z rezygnacją dochodzę do wniosku, że pozostanie tutaj mija się z celem i przybliża mnie do śmierci - dlatego siedzę jeszcze chwilę i wstaję ociężale. Nogi stawiam uważnie, aby nie naruszyć żadnej z płyt, inaczej zleciałabym boleśnie na ziemię razem z nimi, po drodze zostając przez nie przygnieciona. Cóż, to także mijało się z moim celem "pozostania przy życiu", ale sam pobyt tutaj brzmiał absurdalnie i mnie do niego nie przybliżał, dlatego... Mało co w tym lesie miało sens i było bezpieczne.
W zasięgu mojego wzroku pojawia się Momo bujający się na jednej z wyższych gałęzi pobliskiego drzewa. Je coś, ale nie wiem co, gdyż znika w buszu wilgotnych liści tak szybko, jak się pojawia. Przynajmniej małpie się tutaj powodzi. W końcu schodzę na ziemię. Staję na niej stabilnie, obrzucając wzrokiem najbliższy teren. Nie mogę powiedzieć, że jest brzydko - lasy tropikalne zawsze mi się podobały, do momentu w którym mnie w nim nie uwięzili, rzecz jasna.
Mam ochotę stanąć w rozkroku i wzdychając głośno, podeprzeć się pod boki, jak to robili w tych wszystkich filmach przygodowych, jednak przypominam sobie, że ja nie jestem bohaterką żadnego, i że prawdopodobnie zaraz mnie coś pożre, jeśli nie ruszę się z miejsca. Wzdycham, tak jak planowałam to zrobić, ale ze zmęczenia tym wszystkim, po czym zaczynam iść przed siebie. Chociaż „iść” to stanowczo za dużo powiedziane - przede mną rozciąga się zarośnięta ścieżka, a rośliny są tak gęste, że przez ten busz nie dostaje się żadne światło. Jestem co najmniej obrzydzona prawdopodobną ilością robactwa, kiedy przedzieram się przez chaszcze.
W międzyczasie myślę, co u rodziców - jak sobie radzą i czy nadal jest im przykro po stracie. Wolałabym, aby tak nie było, jednak nie wiem, czy kilka miesięcy jest wystarczające dla opłakania własnego dziecka i pogodzenia się z faktem, że już nicdy się go nie zobaczy. Jednocześnie wiem, że już dawno, bardzo dawno temu spisali mnie na straty i nie mają nadziei, że żyję - dlatego między innymi jestem ciekawa jak sobie radzą. Myślą, że zmarłam z głodu, a może coś mnie rozszarpało? Może podejrzewają nawet, że zginęłam z czyichś rąk? Tak czy siak, każda opcja jest tragiczna, w końcu jestem ich dzieckiem. Ja sama nie podejrzewałabym nigdy siebie, że przeżyję tyle czasu w dziczy. Nie mówię, że to był prosty czas, bo nie, nie był - w rzeczywistości nic równie trudnego nigdy wcześniej mnie nie spotkało, ale to tylko udramatyczniało sytuację, tym bardziej, że jedyną istotą, z jaką rozmawiałam przez te długie miesiące, był Momo. Małpa. Cóż, inaczej pewnie postradałabym zmysły i moi rodzice nie pomylili by się zbytnio, jeśli chodzi o moją niechybną śmierć.
W momencie, w którym przedzieram się przez gęsto rosnący bluszcz, do moich uszu dochodzi ryk. Momentalnie na mojej skórze pojawia się gęsia skórka, a włosy stają dęba, kiedy uświadamiam sobie, że mój dzień jeszcze dobrze się nie zaczął, a problemy już się pojawiły. Przez chwilę stoję w miejscu, przestraszona, jednak decyduję się przykucnąć, w końcu ciężko, aby ktoś mnie zauważył w takim gąszczu - no, chyba że jest to super, hiper zmutowany potwór w niczym nie przypominający znanych mi dotąd zwierząt. Kilka chwil później moim oczom ukazuje się kolorowa małpa stojąca na dwóch nogach. Porusza się tak szybko, że jestem w stanie zobaczyć tylko jej długi ogon zwieńczony futrem i puchatą sierść na szyi przypominającą kołnierz, teraz zabarwiony krwią. Jest bardzo głośno - małpa wyje i bije się w pierś jedną z łap, ale nie mam jak uciec, żeby pozostać niezauważoną. Z drugiej strony nie mogę też tu zostać, gdyż ryk małpy przyciągnie inne zwierzęta. Wszystko dzieje się bardzo szybko - rozszalała małpa w jednym momencie szykuje się do skoku na jedno z drzew, a w drugim pada na ziemi jak długa, ledwo dysząc. Zauważam włócznię tkwiącą w miejscu, gdzie prawdopodobnie zwierzę ma serce. Z przerażeniem wypisanym na twarzy przyglądam się temu, jednak mój ruch zwraca uwagę małpy - momentalnie kieruje swój wzrok wprost na mnie, a ja sama czuję, jakby moje serce miało wyskoczyć z piersi, kiedy widzę jego czarne, rozwścieczone tęczówki, teraz przepełnione bólem i złością. Nagle wyciąga łapę w moją stronę, a ja przewracam się, podkurczając nogi i czołgając się do tyłu, aby mnie nie dosięgnęła - choć wiem, że to i tak na nic, bo nie mam szansy wyjść z takiej potyczki. Owłosiona, różowa łapa zaciska się na mojej łydce, a ja wtedy wydaję z siebie krótki okrzyk, zamykając oczy. Wolę tego nie widzieć. Mija długa, w moim mniemaniu, chwila, po której zupełnie nic się nie dzieje. W uszach dudni mi krew, czuję pot spływający po mojej skroni i tępy ból głowy, a jedyne, co słyszę, to mój ciężki, świszczący oddech. Otwieram powoli oczy, a pierwsze, co zauważam, to cielsko małpy leżącej przy moich nogach ze strzałą wbitą w łeb. Przyglądam się uważnie otwartym wciąż oczom zwierzęcia, dopiero po chwili rozumiejąc, że w pobliżu musi być ktoś jeszcze, ktoś kto mnie uratował. Jednak nawet to nie wzbudza we mnie ufności, dlatego próbuję wycofać się po cichu jak najbardziej do tyłu, aby wymknąć się niezauważona, jak najdalej od tego miejsca, z przeczuciem, że to nie koniec moich kłopotów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz