wtorek, 13 kwietnia 2021

Od Margery C.D Klausa

    Jej otępiały umysł zarejestrował najpierw nikłą poświatę, blask, pewnie światło bijące z bardzo słabego źródła. Była jednak zbyt odrętwiała, aby się nad tym rozwodzić. Jej dłonie zaciśnięte były na czymś niewyobrażalnie miękkim, przypominającym jej ulubioną, lnianą pościel z dzieciństwa, a chłód materiału przywodził na myśl poranną rosę na puszystej trawie, w której to lubiła ucinać drzemki, odkąd została wygnana. Wygnana... Zmarszczyła nagle brwi w półśnie, nie wiedząc co dzieje się wokół niej. Nie była u siebie, miejsce w którym przebywała nie mogło być zatęchłą, wilgotną jaskinią. Wyostrzyła zmysły, nie otwierając nadal oczu. Co jeśli ktoś się jej przyglądał? Niewiele pamiętała, nie wiedziała też jak tutaj trafiła, poza tym jej umysł był zbyt zaabsorbowany uczuciem zagrożenia, które tliło głęboko w niej, aby się teraz nad tym głowić. Ręką wyczuła materiał - tak, była to najprawdziwsza pościel i wcale jej się ona nie przyśniła. Tylko co robiła w łóżku? Prawdę mówiąc, nie widziała mebli od kilku miesięcy, a co dopiero, gdy przyszło jej z nich korzystać... Gdy zaciągnęła się powietrzem nie poczuła zapachu żywicy, drzew. Nie czuła też wilgoci, potu, ani krwi. W powietrzu unosił się przyjemny zapach, którego jednak nie potrafiła określić - czyżby stał za tym odświeżacz powietrza rozpylający woń po pomieszczeniu? Poczuła jednak wyraźnie zapach świeżej kołdry, poduszki. Czuła od nich ciepło, musiała długo tu leżeć. Było jej tak dobrze, że nawet kiełkujący niepokój nie zdołał jej przekonać, aby otworzyła oczy i zbadała teren - w końcu nie miała pojęcia gdzie jest i jak tutaj trafiła, skoro kilka godzin... lub dni temu była pośród drzew, w samym sercu lasu, poza granicami państwa, na wygnaniu. Wmawiała sobie, że leżała tyle tylko po to, aby upewnić się, że nikt nie czyha na jej życie, że nikt nie czeka tylko na to, aż otworzy oczy. Cóż, po kilku długich minutach faktycznie była pewna, że jest w pokoju sama.

    Jej oczom ukazał się przestronny pokój, tak biały, że ta aż musiała przymrużyć powieki, nie przyzwyczajona do tak jasnego światła. Przeciągnęła ręką po ramie łóżka, na którym leżała, a na jej twarzy wykwitło zdziwienie. Gdzie ona trafiła? Obrzuciła spojrzeniem miękki, biały dywan z naturalnego futra, fotele ustawione przy dwu, jeśli nie trzyosobowym łożu, na którym się znajdowała. Meble były smukłe, o charakterystycznym kształcie, podobne miała niegdyś w domu. Zza ścian wydobywało się ciepłe światło, nadając pomieszczeniu nieco przytulności. Teraz była pewna, iż nikogo nie było z nią w pokoju. Poza tym, usłyszałaby czyjś oddech, w końcu trochę tu leżała. Popatrzyła również na samą siebie - jej dłonie były niespodziewanie czyste, podobnie ręce, nogi, całe ciało, nawet włosy. Te, umyte, nabrały swojego platynowego odcienia i opadały wprost na jej ramiona, niczym puch. Miała na sobie białą, nieskazitelnie czystą koszulę nocną sięgającą jej do połowy uda - co, do licha, się wydarzyło?

    Jej umysł zaczął pracować na wyższych obrotach, zaczęła łączyć fakty. Ostatnie, co pamiętała, to ostry ból głowy wewnątrz jakiegoś metalowego pudła... Tylko skąd takie w środku lasu. W pewnym momencie do głowy napłynęły jej wszystkie zagubione wspomnienia - wojskowa furgonetka, jej bagażnik, do którego się włamała, a następnie ukryła, aby tam, cóż, stracić przytomność, prawdopodobnie z wycieńczenia. To wszystko wyglądało bardzo, bardzo źle. Tragicznie wręcz. Trafiła do jakiegoś hotelu? Może sprzedano ją do burdelu? Zaraz, ale wtedy pokój wyglądałby zgoła inaczej... Może jest w siedzibie naukowców i czeka na wyrok, albo zostanie poddana eksperymentom wbrew własnej woli. Nie mogła dłużej zwlekać, czekać w nieskończoność. Pierwsze, co zrobiła, to wyjrzała przez okno, jednak utwierdziło ją to, że znajdowała się zbyt wysoko, aby skoczyć. Mało tego, pod oknem było pełno krzewów, pewnie kłujących, jak i masa drzew, o które zahaczyć na pewno nie chciała. Nawet nie próbowała otwierać okien, domyśliła się, że jeśli jest tu przetrzymywana, to w ten sposób uruchomi alarm i tak czy siak nie uda jej się uciec. W pokoju nie znalazła także niczego, co by mogło służyć jej jako potencjalna broń. Ani nic ostrego, ani nic tępego, czy nawet ciężkiego. Wszystko było puste, a fotelem przecież bronić się nie będzie. Bo nie będzie, prawda?

    Klamka ustępuje. Drzwi nie są zamknięte, kiedy Mae wychodzi, postanawiając że musi uwierzyć we własne umiejętności i siłę. Lub odwagę, zręczność i spryt, bo akurat było wiele silniejszych od niej osób. Korytarze, po których się poruszała były utrzymane w takim samym klimacie jak pokój, w którym spała. Nie mogła powiedzieć, że było tu brzydko, ale w obliczu sytuacji w jakiej się znalazła jej priorytetem nie było podziwianie walorów mieszkania. I tak prędzej czy później ponownie trafi do lasu. A może zostanie skazana na śmierć, dożywotnią pracę lub eksperymenty? Nie wiedziała co byłoby gorsze z tego wszystkiego i nie chciała się przekonywać.

    Kiedy zeszła na, jak mniemała, niższe piętro, choć ten dom był dla niej istnym labiryntem, ujrzała mężczyznę stojącego do niej tyłem, przy blacie kuchennym. Pochylał się nad stosem papierów, najwyraźniej zamyślony. Mae nie zastanawiała się dwa razy, kilkoma susami pokonała przestrzeń, jaka ich dzieliła, przymierzając się do sprawnego uderzenia. Widziała niemalże w zwolnionym tempie jak jej dłoń zbliżała się wprost do jego skroni, aby pozbawić go przytomności i czmychnąć stąd jak najdalej, kiedy nieznajomy momentalnie się odwrócił, łapiąc jej rękę w powietrzu. Rozchyliła nieznacznie usta w zdziwieniu, w końcu była pewna, że nie było jej słychać, skąd więc o niej wiedział?

    - Jeśli chciałaś mnie obezwładnić i wykorzystać, było powiedzieć, poddałbym się bez walki - na jego twarzy pojawia się chytry uśmiech, a kobieta dopiero wtedy lustruje go wzrokiem.

    Jest wysoki, dużo wyższy niż ona, ale nie z takimi sobie radziła, więc co zawiodło tym razem? Jaką miał przewagę? Nie rozumiała tego. Jego blond włosy opadały mu na czoło, był młody, choć starszy od niej, ubrany w zwykłą koszulę i proste, ciemne spodnie. Mógł być sobie przystojny, ale nie zmieniało to faktu, że ją porwał. Tak?

    - Kim jesteś i co ja tu robię? - odezwała się, odkrywając że jej głos brzmi dziwnie, obco, odbija się od pustych ścian i niesie echem po całej posiadłości. Przyprawiło ją to o ból głowy.

    - Nie sądzisz, że to ja powinienem zadać ci to pytanie jako pierwszy? W końcu nie na co dzień znajduje się ledwo żywe kobiety na pace wojskowych samochodów - odarł, przekrzywiając głowę. Mae śmiała twierdzić, że wyglądał na nieco rozbawionego, sama nie wiedziała zresztą czym, ale pewne było, że jej nie było do śmiechu.

    - Sądzę, że nieważne gdzie się znajdowałam, zostałam porwana, przez ciebie - powiedziała z nieskrywaną złością, wymierzając mu cios paznokciem wprost w jego klatkę piersiową. - Dlatego oczekuję powrotu na wolność w trybie natychmiastowym - mówiąc to, założyła ręce na piersi.

    - Tak? I gdzie pójdziesz? Do straży, obwieścić im, że jesteś wygnańcem, nielegalnie przekroczyłaś granice, a teraz chcesz wrócić do strefy? - odpowiedział jej, a kobiecie widocznie zrzedła mina, kiedy doszło do niej, że on wiedział kim była. A była wygnańcem. Takich tu nie chciano. Dlaczego więc nie oddał jej w ręce odpowiednich służb? Nie miała wątpliwości, że dostałby wtedy premię i awans. Nie tylko w pracy, może i społeczny.

    - Ja... Co ja tu robię? - potarła ramię, czując wszechogarniający ją stres. - Ale nie pomyśl, że godzę się na to, co ze mną będzie, jeśli coś, cokolwiek planujesz - prychnęła jednak, przypominając sobie o resztkach własnej godności. Mogła być wygnańcem, on mógł być i prezydentem, ale to nie zmieniało jej podejścia.

Klaus?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez Pandeya Graphic