Drapacze chmur pięły się wysoko do góry, zostawiając do oglądania z dołu jedynie małe skrawki niebieskiego nieba. Jednak były takie miejsca w Porthclaw, gdzie nieboskłon z pozycji przyziemnej był widoczny doskonale. "Park imienia Ferdynanda Dulckena" nazwany został tak na cześć niemieckiego kompozytora i pianisty, którego utwory grane są z głośników co niedziela po dwunastej popołudniu. Rośliny zdają się lubić muzykę Dulckena, rosną w parku gęsto i obficie rok w rok, od lat praktycznie bez ingerencji człowieka lub maszyny. Piękna, ciepła wiosna sprzyjała roślinom..oraz wyjściom na świeże powietrze, relaksowi w blasku słońca - żaden z przechodniów jednak zdawał się nie zauważać piękna dzisiejszego dnia. Mężczyzna w kapeluszu potrącił dopiero co wyrośnięte szafirki armeńskie, które żałośnie zgieły się w pół. Sasanka została rozgnieciona przez kobietę, która postanowiła sobie skrócić drogę do pracy przez trawnik. Ubrany w czarny płaszcz osobnik przyglądający się tym "morderstwom" w cieniu drzewa prychnął z dezaprobatą.
Patrząc na historię ludzkości...szacunek do natury powinien być na pierwszym miejscu, pomyślał.Czas sprawdzić, czy jego nowa zabawka działa poza warunkami laboratoryjnymi. Modlił się w duchu, by kwiatek nie zyskał głowy krokodyla i go nie zeżarł - jak to miało miejsce w "The Sims 204". Akurat miał połączony system nerwowy ze swoim simem, taka śmierć nie była zbyt przyjemna do odczucia - nawet sztucznie. Kto by pomyślał paręset lat temu, że posiadanie innego ciała będzie możliwe, niczym w Avatarze wyreżyserowanym przez Camerona? Uwielbiał ten klasyk - szkoda, że nigdy nie powstała kolejna część...
Podszedł do rozdeptanej sasanki, kucnął i wylał z flakonika kropelkę złotego płynu. Kropla zalśniła krótko w blasku słońca i niemal natychmiastowo wchłonęła się w płatki kwiatu. Ze skupieniem wpatrywał się w powoli podnoszącą się łodygę, gdy niespodziewanie na ramieniu spoczęła mu szeroka dłoń.
- Cholera jasna - podskoczył, niemal zaplątując się we własnym płaszczu - Mike! - obrócił się z oburzeniem na twarzy.
Stojący teraz przed nim czarnoskóry mężczyzna niemal przewyższał go wzrostem, co nie było powszechne. Mimo dość luźnych ubrań: czarnego uniformu składającego się ze skórzanej kurtki i materiałowych spodni ściąganych przy kostkach, każdy z pewnością mógłby powiedzieć, że ten gość spędził wiele czasu na budowaniu swojego ciała. Z boku wyglądał przerażająco, ale teraz uśmiechał się wesoło od ucha do ucha do swojego przyjaciela, zadowolony z udanego psikusa.
- Sam dajesz mi takie okazje. Ciężko się do ciebie dodzwonić, jak nie zabierasz swojego telefonu z domu...
- Wiesz, że nie przepadam za tym urządzeniem. Oni słuchają - ściszył głos przy ostatnich dwóch słowach.
- Tak, kiedyś na pewno wynajdziesz coś, dzięki czemu będziemy mogli rozmawiać telepatycznie bez żadnych ustrojstw, Nik.
Nie cierpiał, gdy nazywano go Nick, a Mike dobrze o tym wiedział. Takie zaczepki znaczyły, że był w dobrym humorze mimo tego, co dziś planowali zrobić. Dobry humor to podstawa, by jego czarnoskóry kolega nie spieprzył całego planu.
- Masz to jak w banku. O której się spotykamy?
- O północy. Wiesz gdzie.
Niklaus odprowadził mężczyznę wzrokiem aż do bram parku.
- Dobrs, to teraz czas zobaczyć, jak się masz moja mała sasanko
Ostrożnie, nie wykonując żadnego kroku, rozejrzał się wokół. Nigdzie nie znalazł jednak swojego obiektu badań.
- Wygląda na to, że stworzyłem eliksir znikania...- podniósł stopę.
Spojrzał w dół, by zauważyć, iż pod podeszwą jego buta przez ten cały czas znajdowała się nieszczęsna sasanka. Doszczętnie uśmiercona.
- Cholera - mruknął pod nosem.
Stojący teraz przed nim czarnoskóry mężczyzna niemal przewyższał go wzrostem, co nie było powszechne. Mimo dość luźnych ubrań: czarnego uniformu składającego się ze skórzanej kurtki i materiałowych spodni ściąganych przy kostkach, każdy z pewnością mógłby powiedzieć, że ten gość spędził wiele czasu na budowaniu swojego ciała. Z boku wyglądał przerażająco, ale teraz uśmiechał się wesoło od ucha do ucha do swojego przyjaciela, zadowolony z udanego psikusa.
- Sam dajesz mi takie okazje. Ciężko się do ciebie dodzwonić, jak nie zabierasz swojego telefonu z domu...
- Wiesz, że nie przepadam za tym urządzeniem. Oni słuchają - ściszył głos przy ostatnich dwóch słowach.
- Tak, kiedyś na pewno wynajdziesz coś, dzięki czemu będziemy mogli rozmawiać telepatycznie bez żadnych ustrojstw, Nik.
Nie cierpiał, gdy nazywano go Nick, a Mike dobrze o tym wiedział. Takie zaczepki znaczyły, że był w dobrym humorze mimo tego, co dziś planowali zrobić. Dobry humor to podstawa, by jego czarnoskóry kolega nie spieprzył całego planu.
- Masz to jak w banku. O której się spotykamy?
- O północy. Wiesz gdzie.
Niklaus odprowadził mężczyznę wzrokiem aż do bram parku.
- Dobrs, to teraz czas zobaczyć, jak się masz moja mała sasanko
Ostrożnie, nie wykonując żadnego kroku, rozejrzał się wokół. Nigdzie nie znalazł jednak swojego obiektu badań.
- Wygląda na to, że stworzyłem eliksir znikania...- podniósł stopę.
Spojrzał w dół, by zauważyć, iż pod podeszwą jego buta przez ten cały czas znajdowała się nieszczęsna sasanka. Doszczętnie uśmiercona.
- Cholera - mruknął pod nosem.
***
Było ciemno, jednie pojedyńcza latarnia rzucała światło na małą i ponurą uliczkę, w jakiej przyszło mu stać od trzydziestu minut. Cholerny Mike znowu się spóźniał. Ledwo zaczął obmyślać, jakim epitetem dziś obrzuci swojego przyjaciela, gdy do uliczki wjechał sporych rozmiarów van i zatrzymał się tuż pod latarnią. Klaus wyszedł z mroku i wsiadł na miejsce pasażera z przodu.
Kierowca obrzucił go tak samo wesołym uśmiechem, jak miało to miejsce dzisiejszego ranka w parku.
- Gotowy na przygodę?
- Z tobą? Zawodowym żołnierzem? Zawsze aż drżę z podniecenia.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Van poderwał się do góry jak ptak i ruszył w mrok nocy.
- Masz przepustkę dla mnie? I ubrania? - Klaus zaczął się rozglądać po tylnym siedzeniu.
- Jasne, gdzieś tam leżą
- Ah, to twoje zorganizowanie...
- Przynajmniej nie układam swojej szafy kolorami.
Szybko znalazł jednak uniform oraz przepustkę w formie pierścienia z chipem - równie dobrze mógłby robić za dobrą broń, o ile uderzy się w odpowiednie miejsce. Niklaus w razie kłopotów znał parę ruchów samoobrony, nie mówiąc już o Mike'u - wykwalifikowanym żołnierzu, od niedawna: do zadań specjalnych.
Jego rutynowe "zadanie specjalne" polegało na wywożeniu ludzi poza barierę...tam właśnie zmierzali. Niklaus miał po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyć świat poza kolorową bańką, w której trzyma wszystkich obecnie panujący rząd. Nie raz zastanawiał się, co tam takiego jest, że nie mógł być nigdy obecny przy testach jego nowej broni w terenie.
Jego ręka spoczęła na schowanym pod skórzaną kurtką pistolecie.
Oby się nie przydał.
Do granicy dotarli przed świtem, po drodze zahaczając o parę przystanków, by zabrać wygnańców na pokład vana. Niklausowi i Mike'owi nie można było z nimi rozmawiać, a ci biedni nieszczęśnicy ciągle zadawali pytania. Prawdę mówiąc nawet Mike nie wiedział wiele więcej poza tym, że będą po prostu odizolowani od reszty świata. Garnizon poza barierą był oddalony od niej o jakieś dziesięć kilometrów, tam przechwytywano wygnańców i nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nimi dalej dzieje. Powiadano, że ludzie dostający się do garnizonu zostawali już tam do końca życia - bez rodziny i innych perspektyw na przyszłość. Z nimi Mike mógł rozmawiać, ale nigdy nie byli zbyt skorzy do zwierzeń. Przyjaciel Klausa był posłusznym żołnierzem, który nie wtykał nosa w cudze sprawy i nie wychylał się z szeregu. Klaus miał kompletnie odwrotne usposobienie do życia i zdołał namówić kumpla, by ten zabrał go tym razem ze sobą na wywózkę. Niklaus czekał posłusznie w samochodzie, gdy Mike rozładowywał "ładunek" - gdyby Morgensterna przyłapano na tej wycieczce, prawdopodobnie czekałoby go wygnanie i to on znajdowałby się z tyłu vana.
- Dobra, powiedziałem, że mamy przetestować nową broń Niklausa Morgensterna - uśmiechnął się zuchwale czarnoskóry mężczyzna - Mamy parę godzin na krótkim odcinku między barierą, a garnizonem...lepszy rydz, niż nic.
Ledwo dojechali na skraj placówki i już musieli ponownie się zatrzymać - Mike musiał się odlać.
Niklaus skorzystał z okazji i pierwszy raz wyszedł na zewnątrz poza barierą. W pierwszym momencie uderzył go podmuch świeżego powietrza i zapach deszczu przesiąknięty czymś nowym...czymś, czego jeszcze nie czuł. Powietrze w mieście mimo obróbki było zdecydowanie cięższe, niż tutaj. Paręset metrów dalej zaczynał się las, spojrzał w tamtym kierunku. Drzewa wydawały się bardziej żywe, pełne różnych barw i odcieni zieleni. Nagle zamarł, a zimny pot oblał go momentalnie. Na drzewie tuż przy skraju lasu siedziało stworzenie, które trudno było z takiej odległości dokładnie opisać. Zdawało się mieć cechy...ludzkie? Wyraźnie widział jedną rękę trzymającą gałąź.
- Cholera, Mike, pośpiesz się, bo naprawde zaraz będziemy musieli przetestować tą wymyśloną, nową broń...- mruknął sam do siebie
Spuścił istotę z oczu, by rozejrzeć się za przyjacielem, a gdy chciał spojrzeć na nią drugi raz nie mógł już jej znaleźć. To przeraziło go jeszcze bardziej. Postanowił, że bezpieczniej będzie, jeśli wróci do samochodu i tam poczeka na Mike'a - o ile jeszcze nic go nie zeżarło. Po parunastu, dłużących się jak wieczność, minutach kumpel marnotrawny wrócił. Żołnierz wyśmiał historię naukowca, nazywając to zwidami cywili. Niklaus faktycznie pomyślał, że mógł trochę podkoloryzować to, co zobaczył i reszta podróży minęła im w wesołym nastroju. Zatrzymywali się parę razy, by podziwiać jezioro, łąki i jakieś śmieci z dawnych czasów, a Niklaus w tym czasie pobrał parę próbek gleby i wieczorem byli już Porthclaw.
- Dobra, stary słuchaj...mogę zostawić w twoim garażu swojego vana? Umówiłem się i pewnie wrócę do domu na piechotę...
- Randka? - szturchnął go łokciem, śmiejąc się
- A żebyś wiedział. Nie mogę się ostatnio od lasek odgonić... powinieneś pójść ze mną, na pewno znajdziesz sobie coś na miejscu.
Niklaus od dawna nie był w pubie, szczerze mówiąc nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio wychodził z domu w celach rozrywkowych.
- Nie, dzięki. Spasuje dzisiaj.
Mike wywrócił oczami, jakby słyszał te słowa z ust Klausa za każdym razem - co poniekąd było prawdą.
Gdy dotarli do jego rezydencji, Mike zamówił taksówkę i już po chwili go nie było. Znowu był tylko Niklaus i jego badania. Już wchodził na górę, gdy przypomniał sobie o próbkach gleby w bagażniku. Z tyłu powinno być kompletnie pusto, nie licząc oczywiście małej skrzynki z próbkami, jednak instynkt podpowiadał mu, że coś tu nie gra. W kącie leżał zwinięty koc, pod którym zdawało się coś ruszać... Nie było czasu na procedury bezpieczeństwa. Niklaus wyciągnął zza pasa pistolet i pomału zaczął się zbliżać. Jednym, szybkim ruchem odrzucił tkaninę...i schował broń spowrotem za pas. Przed jego oczami, zwinięta na podłodze vana wywożącego wygnańców, leżała kobieta o niezwykle jasnych włosach. Cała była umazaną w kurzu i błocie, a ubrania wisiały na niej jak na wieszaku, była nienaturalnie wręcz chuda. Coś w jej twarzy jednak przywodziło mu na myśl anioła. Delikatnie dotknął ramienia tej niebiańskiej istoty, która poruszyła się niespokojnie pod jego dotykiem. Poczuł prawdziwą skórę.
- Kurwa, chyba muszę się wyspać - powiedział na głos - Wenus.
- Parametry ma w normie. Jest po prostu wykończona. - rozbrzmiało mu gdzieś nad głową
Czyli nie mam zwidów.
- Mam zadzwonić po policję?
- Nie, ty cholerna sztuczna inteligencjo... wyłącz się - warknął
Nie było sensu myśleć teraz nad ewentualnymi konsekwencjami i martwić się o to, co z nią zrobi.
- Jest ranna - odezwała się Wenus
Dopiero teraz zauważył krew cieknącą z rozcięcia na udzie.
- A myślałem, że kazałem ci się zamknąć... przygotuj pokój, mamy gościa.
Złapał dziewczynę pod kolanami oraz głową, podnosząc ją ostrożnie do góry.
Kierowca obrzucił go tak samo wesołym uśmiechem, jak miało to miejsce dzisiejszego ranka w parku.
- Gotowy na przygodę?
- Z tobą? Zawodowym żołnierzem? Zawsze aż drżę z podniecenia.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Van poderwał się do góry jak ptak i ruszył w mrok nocy.
- Masz przepustkę dla mnie? I ubrania? - Klaus zaczął się rozglądać po tylnym siedzeniu.
- Jasne, gdzieś tam leżą
- Ah, to twoje zorganizowanie...
- Przynajmniej nie układam swojej szafy kolorami.
Szybko znalazł jednak uniform oraz przepustkę w formie pierścienia z chipem - równie dobrze mógłby robić za dobrą broń, o ile uderzy się w odpowiednie miejsce. Niklaus w razie kłopotów znał parę ruchów samoobrony, nie mówiąc już o Mike'u - wykwalifikowanym żołnierzu, od niedawna: do zadań specjalnych.
Jego rutynowe "zadanie specjalne" polegało na wywożeniu ludzi poza barierę...tam właśnie zmierzali. Niklaus miał po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyć świat poza kolorową bańką, w której trzyma wszystkich obecnie panujący rząd. Nie raz zastanawiał się, co tam takiego jest, że nie mógł być nigdy obecny przy testach jego nowej broni w terenie.
Jego ręka spoczęła na schowanym pod skórzaną kurtką pistolecie.
Oby się nie przydał.
Do granicy dotarli przed świtem, po drodze zahaczając o parę przystanków, by zabrać wygnańców na pokład vana. Niklausowi i Mike'owi nie można było z nimi rozmawiać, a ci biedni nieszczęśnicy ciągle zadawali pytania. Prawdę mówiąc nawet Mike nie wiedział wiele więcej poza tym, że będą po prostu odizolowani od reszty świata. Garnizon poza barierą był oddalony od niej o jakieś dziesięć kilometrów, tam przechwytywano wygnańców i nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nimi dalej dzieje. Powiadano, że ludzie dostający się do garnizonu zostawali już tam do końca życia - bez rodziny i innych perspektyw na przyszłość. Z nimi Mike mógł rozmawiać, ale nigdy nie byli zbyt skorzy do zwierzeń. Przyjaciel Klausa był posłusznym żołnierzem, który nie wtykał nosa w cudze sprawy i nie wychylał się z szeregu. Klaus miał kompletnie odwrotne usposobienie do życia i zdołał namówić kumpla, by ten zabrał go tym razem ze sobą na wywózkę. Niklaus czekał posłusznie w samochodzie, gdy Mike rozładowywał "ładunek" - gdyby Morgensterna przyłapano na tej wycieczce, prawdopodobnie czekałoby go wygnanie i to on znajdowałby się z tyłu vana.
- Dobra, powiedziałem, że mamy przetestować nową broń Niklausa Morgensterna - uśmiechnął się zuchwale czarnoskóry mężczyzna - Mamy parę godzin na krótkim odcinku między barierą, a garnizonem...lepszy rydz, niż nic.
Ledwo dojechali na skraj placówki i już musieli ponownie się zatrzymać - Mike musiał się odlać.
Niklaus skorzystał z okazji i pierwszy raz wyszedł na zewnątrz poza barierą. W pierwszym momencie uderzył go podmuch świeżego powietrza i zapach deszczu przesiąknięty czymś nowym...czymś, czego jeszcze nie czuł. Powietrze w mieście mimo obróbki było zdecydowanie cięższe, niż tutaj. Paręset metrów dalej zaczynał się las, spojrzał w tamtym kierunku. Drzewa wydawały się bardziej żywe, pełne różnych barw i odcieni zieleni. Nagle zamarł, a zimny pot oblał go momentalnie. Na drzewie tuż przy skraju lasu siedziało stworzenie, które trudno było z takiej odległości dokładnie opisać. Zdawało się mieć cechy...ludzkie? Wyraźnie widział jedną rękę trzymającą gałąź.
- Cholera, Mike, pośpiesz się, bo naprawde zaraz będziemy musieli przetestować tą wymyśloną, nową broń...- mruknął sam do siebie
Spuścił istotę z oczu, by rozejrzeć się za przyjacielem, a gdy chciał spojrzeć na nią drugi raz nie mógł już jej znaleźć. To przeraziło go jeszcze bardziej. Postanowił, że bezpieczniej będzie, jeśli wróci do samochodu i tam poczeka na Mike'a - o ile jeszcze nic go nie zeżarło. Po parunastu, dłużących się jak wieczność, minutach kumpel marnotrawny wrócił. Żołnierz wyśmiał historię naukowca, nazywając to zwidami cywili. Niklaus faktycznie pomyślał, że mógł trochę podkoloryzować to, co zobaczył i reszta podróży minęła im w wesołym nastroju. Zatrzymywali się parę razy, by podziwiać jezioro, łąki i jakieś śmieci z dawnych czasów, a Niklaus w tym czasie pobrał parę próbek gleby i wieczorem byli już Porthclaw.
- Dobra, stary słuchaj...mogę zostawić w twoim garażu swojego vana? Umówiłem się i pewnie wrócę do domu na piechotę...
- Randka? - szturchnął go łokciem, śmiejąc się
- A żebyś wiedział. Nie mogę się ostatnio od lasek odgonić... powinieneś pójść ze mną, na pewno znajdziesz sobie coś na miejscu.
Niklaus od dawna nie był w pubie, szczerze mówiąc nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio wychodził z domu w celach rozrywkowych.
- Nie, dzięki. Spasuje dzisiaj.
Mike wywrócił oczami, jakby słyszał te słowa z ust Klausa za każdym razem - co poniekąd było prawdą.
Gdy dotarli do jego rezydencji, Mike zamówił taksówkę i już po chwili go nie było. Znowu był tylko Niklaus i jego badania. Już wchodził na górę, gdy przypomniał sobie o próbkach gleby w bagażniku. Z tyłu powinno być kompletnie pusto, nie licząc oczywiście małej skrzynki z próbkami, jednak instynkt podpowiadał mu, że coś tu nie gra. W kącie leżał zwinięty koc, pod którym zdawało się coś ruszać... Nie było czasu na procedury bezpieczeństwa. Niklaus wyciągnął zza pasa pistolet i pomału zaczął się zbliżać. Jednym, szybkim ruchem odrzucił tkaninę...i schował broń spowrotem za pas. Przed jego oczami, zwinięta na podłodze vana wywożącego wygnańców, leżała kobieta o niezwykle jasnych włosach. Cała była umazaną w kurzu i błocie, a ubrania wisiały na niej jak na wieszaku, była nienaturalnie wręcz chuda. Coś w jej twarzy jednak przywodziło mu na myśl anioła. Delikatnie dotknął ramienia tej niebiańskiej istoty, która poruszyła się niespokojnie pod jego dotykiem. Poczuł prawdziwą skórę.
- Kurwa, chyba muszę się wyspać - powiedział na głos - Wenus.
- Parametry ma w normie. Jest po prostu wykończona. - rozbrzmiało mu gdzieś nad głową
Czyli nie mam zwidów.
- Mam zadzwonić po policję?
- Nie, ty cholerna sztuczna inteligencjo... wyłącz się - warknął
Nie było sensu myśleć teraz nad ewentualnymi konsekwencjami i martwić się o to, co z nią zrobi.
- Jest ranna - odezwała się Wenus
Dopiero teraz zauważył krew cieknącą z rozcięcia na udzie.
- A myślałem, że kazałem ci się zamknąć... przygotuj pokój, mamy gościa.
Złapał dziewczynę pod kolanami oraz głową, podnosząc ją ostrożnie do góry.
[Mae?]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz